Cześć, a właściwie TERVE!

Dziś zaczynam akcentem fińskim, więc mówię do Was „Cześć!” w języku Muminków J

20 lat temu spędziłam kilka miesięcy w Finlandii, w Tampere, w ramach wymiany studenckiej programu Erasmus.

Pojechałam tam z pieniędzmi ze stypendium oraz kredytu studenckiego, czyli pierwszej w życiu pożyczki. Byłam lekko spanikowana, że nie starczy mi na życie – opłaty za akademik, transport, obiady na uczelni, jedzenie, które kupowałam w tanich marketach za fińskie marki.

Finlandia była droga, a ja dwudziestoparoletnia dziewczyna, kompletnie zielona w temacie planowania wydatków i analizy kosztów.

Kilkakrotnie w liceum i na studiach pracowałam dorywczo, miałam więc za sobą małe, ale konkretne doświadczenia związane z obrotem żywą gotówką. Jednak moje pojęcie, czy i na co starczy mi pieniędzy w drogiej Finlandii, było delikatnie to ujmując mgliste.

Każdego wieczora, w pokoju akademika wyjmowałam pokaźny plik banknotów (trzymałam go w tajnej kryjówce tj. we wnęce, na dnie szafy J) i przeliczałam. Co wieczór od nowa.

W szesnastokartkowym zeszycie w kratkę, codziennie zapisywałam bieżący stan majątku oraz wszystkie wydatki. Zbierałam paragony, notowałam, co i za ile kupuję.

Dzięki temu szybko zorientowałam się, ile wydaję i na czym mogę oszczędzić.

Żyłam wtedy skromnie, ale naprawdę smacznie.

Mój codzienny jadłospis był bardzo jednostajny i składał się z tego, co szalenie mi smakowało.

Finlandia nie była dla mnie kulinarnym rajem. Nie miałam weny, żeby rzucać się na kiełbasy z renifera, czy fiński specjał – mustamakkara, tj. kaszankę, która podawana była na ciepło z galaretką z borówek. Nie pociągały mnie śledzie, łososie i inne rybne rarytasy.

To, co jadłam wtedy najczęściej:

Śniadanie w mieszkaniu w akademiku: 2 tosty z ciemnego pieczywa z salami i zielonymi oliwkami. (moi fińscy współlokatorzy dziwili się niezmiernie, bo oni pili głównie mleko i przegryzali je bułkami);

Obiad na uczelni: jakaś zupa, warzyw moc, czarnych oliwek moc, jakiś makaron z mięsem zawsze na deser arbuzy (skąd oni mieli tyle arbuzów w lutym?);

Deser w międzyczasie, często w kawiarence: fińska drożdżowa bułeczka z cynamonem i kardamonem tzw pulla i oczywiście kawa. Dziś unikam glutenu, ale na wspomnienie świeżo pachnących pulli, przeżywam totalny odlot J;

Kolacja najczęściej w domu: Pierogi karelskie, czyli żytnie, płaskie placki wypełnione pure z ryżu lub ziemniaka, zapieczone z masełkiem

Pieróg karelski, (fiń. karjalanpiirakat) Źródło: Wikipedia

Na deser zjadałam jeszcze pudding czekoladowy. Tak, tak 

Jadłospis powtarzał się prawie codziennie i zupełnie mi się nie nudził. Karelskie pierogi były po prostu pyszne, a świadomość, że nie stać mnie na droższe, inne jedzenie, nie przysłaniała mi przyjemności życia w zimowej Finlandii.

Dodam, że ruchu, spacerów, saun i spotkań towarzyskich, miałam wtedy tyle, że na finale wróciłam do Polski lżejsza o 4 kilo .

Czas na wnioski 🙂

Dzięki prowadzonemu budżetowi, który mieścił się w szesnasto-kartkowym zeszycie, stać mnie było na stosunkowo wiele, w tym na ciuchowe zakupy w H&M . Ten sklep był odkryciem! W Polsce ubrania kupowało się na rynkach, lub butikach (nie było mnie stać), a sieciowe sklepy typu Big Star czy Cottonfield (pieruńsko drogi) dopiero zaczynały kiełkować. Jakość ubrań w H&M była wtedy wysoka (miałam te ubrania przez lata), a ceny dzięki częstym wyprzedażom całkiem dostępne!

W upalną, kwietniową Niedzielę Wielkanocną 2000 wróciłam do domu z naręczem prezentów, ubrań i oszczędnościami. Byłam z siebie dumna. Wiem dziś, że wiedza, ile naprawdę wydaję, dała mi poczucie bezpieczeństwa i kontroli. Pozwoliła zaplanować większe wydatki.

Wracam do tego wspomnienia, bo w kolejnych latach nie powtórzyła się w moim życiu tak mocna, jak wtedy motywacja, by oszczędzać. 

Po prostu pracowałam (długie lata na etacie, od 6 lat w ramach własnej działalności) zarabiałam, płaciłam rachunki, wyszłam za mąż i wzięliśmy wspólnie kredyt na pierwsze mieszkanie.

Oszczędzaliśmy wspólnie, żeby sfinansować przeróżne rzeczy i potrzeby – meble, wakacje, samochód. Od zawsze odkładaliśmy pieniądze na emeryturę (ubezpieczenia, IKE/IKZE). 

I z roku na rok, materialnie było coraz lepiej.

Żyłam bez dodatkowych pożyczek, z jedną kartę debetową. Kredytową miałam jakieś 2 lata.

W sumie, kiedy myślę z perspektywy lat, to był i jest duży luksus i z tego miejsca dziękuję mojemu mężowi i sobie za pracowitość, wszystkim bliskim, którzy mnie wspierali za obecność i miłość oraz Sile Wyższej za wszystko!

Patrząc na moje życie z innego kąta, przez większość lat, funkcjonowałam w ciągłym trybie robienia, pracowania, zaabsorbowania domem i rosnącym synkiem.

Mam wrażenie, że pod kątem oszczędzania był to okres nie do końca świadomy, raczej czas dryfowania, niż płynięcia w jasno obranym kierunku i zdaję sobie sprawę, że sporo pieniędzy, a także czasu uciekło mi przez palce.

Do idei oszczędzania wracałam, jednak z doskoku. Czytałam artykuły na blogu Michała Szafrańskiego Jak Oszczędzać Pieniądze, ustawiłam na koncie kilka finansowych celów; pieniądze przelewane są w formie stałej kwoty co miesiąc oraz końcówek, które zaokrąglają transakcje do pełnej kwoty. W ten sposób gromadzę sobie środki np. na szkołę, czy fryzjera.

Ustawiłam też kilka zleceń stałych, a większe kwoty, które wpływały na dodatkowy rachunek wpłacałam na lokaty, obligacje, kilka razy akcje, produkty funduszy inwestycyjnych. 

Jeśli chodzi o proste rozwiązania, kilkakrotnie odkładałam po 5 zł do słoika, dzięki czemu w rekordowym momencie uzbierałam ponad 700 zł .

Oszczędności raz rosły, raz topniały. 

Mam jednak poczucie, że brakowało mi jasnej, długofalowej strategii, jak oszczędzać. Oraz wiedzy dotyczącej np. złożonych i ryzykownych produktów finansowych, jakimi są np. poliso-lokaty. Jedną, w ramach nauczki zlikwidowałam z niemałą stratą.

Nie piszę tego z wyrzutami sumienia. Raczej ze świadomością, że byłam zaabsorbowana innymi, życiowymi sprawami. 

Przechodząc do tego co teraz, bieżąca sytuacja związana z pandemią obudziła we mnie niepokój o przyszłość, za którym poszedł impuls do działania, jak dwadzieścia lat temu w Finlandii. 

Po prostu wiem, że to najwyższy czas, żeby uporządkować temat oszczędzania. Czas, żeby się zmobilizować i ogarnąć.

Myśląc o oszczędzaniu mam na myśli świadome podejmowanie decyzji, na co chcę przeznaczyć  pieniądze, a na co nie. Nie podążanie za tłumem, głosem mody, znajomych czy czegokolwiek lub kogokolwiek innego. Jeśli na przykład odkładam na czytnik książek, czy ratę za szkołę, to moja potrzeba i moja głowa, z czego w zamian za to zrezygnuję.

Tu pojawia się pytanie, dlaczego w ogóle chcę oszczędzać? Po co zawracać sobie tym głowę?

Po pierwsze, chcę uszczelnić zbędne ubytki pieniędzy. W sytuacji, kiedy w konsekwencji epidemii, stoimy u progu poważnych gospodarczych turbulencji (wysoka inflacja, bezrobocie) oszczędzanie wydaje się być potrzebne, jak codzienne mycie zębów. 

Po drugie, chcę świadomie odkładać pieniądze i w ciągu roku zbudować dodatkową poduszkę finansową.

Po trzecie, chcę przekonać się ile mogę miesięcznie zaoszczędzić zmieniając codzienne nawyki

Wysokość oszczędności na koniec roku, będzie konsekwencją oszczędności, które wypracuję w każdym miesiącu i każdego dnia.

W najbliższych tygodniach przyjrzę się gdzie najbardziej tracę i poszukam konkretnych rozwiązań. Ten czas, traktuję jako punkt wyjścia do dalszej, rocznej pracy. Myślę, że po pierwszym miesiącu pojawią się wnioski, co się sprawdza, a jakie rozwiązania są zupełnie nie dla mnie.

Będę się dzieliła zarówno wnioskami, jak i kwotami wypracowanych oszczędności.

W następnym poście będzie konkretnie.

Przechodzę do analizy i do działania

Dobrego dnia!

Emi

PS Jestem bardzo podekscytowana i ciekawa, dokąd mnie to zaprowadzi.  Może także myślisz o oszczędzaniu i chcesz spróbować zacząć właśnie teraz?  A może skutecznie robisz to od lat? Będę wdzięczna jeśli podzielisz się doświadczeniami.